MITYCZNA DROGA DZIESIĄTEJ MUZY

Wnikliwy widz śledzący ostatnie półwiecze historii kina zauważy zapewne niezwykła zmianę, jaka nastąpiła w Hollywood pod koniec lat siedemdziesiątych. Nie dotyczy ona znaczącej poprawy techniki obrazu ani nagrania i emisji dźwięku. Zmiana ta tkwi o wiele głębiej, bo dokonała się w warstwie fabularnej. Komu ją zawdzięczamy?

Tutaj pojawia się kilka nazwisk, które zaprowadzą nas wprost do spóźnionej na naszym rynku wydawniczym pozycji, istotnej dla każdego, zajmującego się filmową narracją fachowca czy też amatora. Książki, która wpłynęła na cały przemysł filmowy, poprawiając, ale i ryzykownie upraszczając fabularną stronę produkcji.

Zacznijmy jednak od miejsca, w którym mit zaczął flirtować z psychologią. Carl Gustav Jung, mimo że jako badacz odrzucany przez wielu twardogłowych, uwiódł wielu ludzi kultury sprawnym powiązaniem mitologicznej wiedzy z umysłem jednostki. Jego podział na osobowość introwertyczną i ekstrawertyczną jest uznawany do dziś. Poszukiwanie archetypicznych wątków w psychice jednostki wzbudza wielkie zainteresowanie nie tylko artystów. Do wniosków, które przyczyniły się do powstania psychologii jungowskiej, jej autor doszedł dzięki połączeniu wnikliwej lektury mitów odległych kultur i wiedzy z zakresu psychologii, nadbudowanej wieloletnia praktyką. Niezależnie od tego czy uznamy jego dzieło za wrogie, niegroźne czy też zbawienne dla ludzkiego ducha, wywarł on wielki wpływ na kulturę, szczególnie amerykańską.

Śladami Junga podążało wielu badaczy mitów, ale tym spośród nich, który najbardziej wpłynął na kino końca XX wieku był Joseph Campbell. W centrum jego zainteresowań znajdowały się zarówno mity jak i religia. Prowadzony mitologiczną ścieżką przez takich przewodników jak znany niemiecki indolog Heinrich Zimmer, Campbell dostrzegał coraz więcej związków pomiędzy psychologią a etnicznymi legendami. Obecne w nich metafory i symbole powtarzały się niezależnie od tego czy opowiadano je na dalekiej, mroźnej północy, w afrykańskiej dziczy czy na wyspach oceanu indyjskiego. Amerykański myśliciel zdecydował się zbadać ścieżki, jakimi wiodą nas mityczne historie ze wszystkich zakątków świata i opracować ich wspólne podłoże. Tak powstała jego najbardziej znana praca – „Bohater o tysiącu twarzy” (Wydawnictwo Zysk i Sp., Poznań 1997).

Książka, która ukazała się w 1949 roku opisywała wspólny dla wszystkich kultur monomit, którego bohater pokonywał długą i niebezpieczną drogę. Elementy składające się na tę „wyprawę bohatera” odnaleźć możemy, zdaniem Campbella we wszystkich mitologiach.

Kolejnym odkryciem badacza i czytelnika, jest fakt, że na tych samych przystankach, na których zatrzymuje się mitologiczny heros, przystaje też bohater współczesnej opowieści (filmu czy literatury). Co więcej, wszystkie te postaci łączą ze współczesnym człowiekiem niektóre założenia psychologii Jungowskiej.

Przez następne dekady Joseph Campbell drążył ten temat znajdując coraz więcej zainteresowanych nim słuchaczy. Jednym z nich był młody reżyser George Lucas. Zachwycony teorią słynnego mitografa postanowił zrealizować film, będący jednocześnie uniwersalnym mitem i atrakcyjnym dla widza widowiskiem science fiction. Tak powstały „Gwiezdne Wojny”, a fascynacja Lucasa Campbellem zaowocowała między innymi tym, że reżyser w 1985 roku udostępnił naukowcowi swoje ranczo podczas jego rozmów z Billem Moyersem, które stały się podstawą książki „Potęga mitu” (Znak, Kraków 2007).

Przystanek – kino

Właśnie wtedy w Hollywood wybuchła bomba. Producenci analizowali przyczyny popularności gwiezdnej epopei, nie wierząc w to, że stoją za nią tylko efekty specjalne i wizualne fajerwerki. Teorie Campbella zaczynały krążyć wśród filmowców. Śmierć badacza w 1987 roku przypadła akurat na czas, kiedy jego idee zaczęły wychodzić z kontrkulturowych umysłów i zarażać świat komercyjnych produkcji.

Tutaj na scenę wkracza Christopher Vogler, który zapragnął połączyć psychologię głębi Junga z mitoznawczymi studiami Campbella. Wszystko to na użytek przemysłu filmowego. Ten Hollywoodzki pisarz najpierw opracował broszurkę poświęconą przydatności „wyprawy bohatera” w produkcji filmowej, a następnie, zachęcony jej popularnością, rozpoczął pracę nad książką. W 1993 roku światło dzienne ujrzała bohaterka tego tekstu, „Podróż autora” w podtytule dodająca skromne wyjaśnienie „struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy”. Książka, którą już lata temu magazyn „Spy” nazwał „nową biblią przemysłu filmowego”, ukazała się w Polsce dopiero w ostatnich dniach ubiegłego roku. Jak informuje podtytuł praca ta przyda się nie tylko filmowcom, ale i innym zawodom rzeźbiącym w słowie i fabule. Jest też dużym zagrożeniem. Sam Vogler przestrzega przed pójściem na łatwiznę i zbyt dosłownym traktowaniem swoich wskazówek. Niestety wiele wytwórni wpadło w tę pułapkę i schemat do rozwinięcia potraktowało, jako gotowy stelaż produkcji kasowego przeboju. Za kryzys fabuły we współczesnym kinie hollywoodzkim, odpowiedzialni są właśnie zbyt dosłowni interpretatorzy mądrości mitycznego świata.

A dla nas? Wydanie książki Voglera to szansa na poprawienie kondycji polskiego scenopisarstwa. W Polsce nadal liczy się opowieść, bo na fajerwerki mało kogo stać.

Christopher Vogler „Podróż autora. Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy”, Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2010.